Fashion Victim, skąd klikasz?

Ten wpis to odpowiedź na pytania, które padają bardzo często: Wero, jak zaczynałaś? Skąd wzięłaś się w tej branży? Jak w każdym, dobrym harlequinie – były wzloty, dużo szczęścia, nagłe namiętności, burzliwe kłótnie i łzy. Początki bywają trudne.

Więcej szczęścia niż rozumu

Na początku wypada wspomnieć, że mam fatalną pamięć do dat, chronologii i imion (moje modelki wiedzą to najlepiej). Niemniej historia oparta jest na faktach.

Pracuję od kiedy pamiętam. Moja „kariera” była burzliwa i sinusoidalna. Zaliczyłam niemal wszystkie formy studenckiej aktywności zawodowej, jeszcze w liceum i na pierwszych studiach. W międzyczasie robiłam staże w miejscach, które przystawały działalnością do tematyki moich studiów. Po zakończeniu ostatniego bezpłatnego stażu, który trwał 8 miesięcy (idiotka!), postanowiłam że skoro background jest, warto poszukać roboty. Ale takiej prawdziwej. I kreatywnej.

Od zawsze wiedziałam w jakich obszarach zawodowych chciałabym się poruszać. Jako dorastająca panna wymarzyłam sobie swoje dorosłe życie zapracowanej pani od PRu albo dziennikarki (pierwszy kierunek: socjologia ze specjalnością PR, drugi: dziennikarstwo i komunikacja społeczna, trzeci: marketing internetowy <wszystkie skończone>. przypadek? nie sądzę).

I gdzie wylądowałam?

Rozpoczynając studia magisterskie (w Łodzi), zaczęłam jednocześnie pracę w krakowskiej agencji, która zajmowała się głównie PRem i marketingiem. Agencja była mała i stosunkowo świeża więc spektrum działań poszerzał się w zależności od potrzeb klienta. Klienci byli różni, ale wszyscy mocno związani z lifestylem. Mnie został przydzielony klient odzieżowy. Moim zadaniem m. in. było czuwanie nad produkcją materiałów, które mogły być wykorzystane do późniejszej promocji. Naturalnie więc brałam udział także w sesjach wizerunkowych dla mojego klienta. Tak zaczęła się moja przygoda z sesjami zdjęciowymi.

Po kilku miesiącach pracy w agencji, dostałam do realizacji swój pierwszy pokaz. Wyzwanie przede mną było ogromne i patrząc z perspektywy czasu wiele rzeczy poprowadziłam nie tak jak trzeba. Pokaz się udał, ale uratował mnie chyba tylko charakter, który zawsze każe mi patrzeć na przeszkody nie jak na problemy, a jak na wyzwania (banalne? jasne, ale banalne tylko dlatego, że prawdziwe i zostało powiedziane już zbyt wiele razy). Od tamtej pory dostawałam właściwie tylko projekty związane z modą. Poznałam ludzi, co jest właściwie najważniejsze. Doświadczenie zdobywałam przy pokazach Teresy Rosati, Paprockiego&Brzozowskiego, co sądzę, że w innych okolicznościach nie mogłoby się wydarzyć.

Trudne początki

Wskoczenie na głęboką wodę było bardzo ryzykowne. Z agencji zwolniłam się po stosunkowo krótkim czasie (rok?). Zaopatrzona w wiedzę i doświadczenie, na którym mogłam oprzeć fundamenty swojej dzisiejszej pracy. Odarta z pewności siebie i wiary w swoje umiejętności. Przesiąknięta sztuczną, ineteresowną sympatią i graniem na pozorach. Teraz, po długim czasie, mam wrażenie, że byłam zbyt młoda na pracę w tak trudnym środowisku. Obawiam się, że zabrakło mi też tej pewności siebie, którą wynosi się z domu.

Przez kilka miesięcy po rzuceniu agencji robiłam bardzo przypadkowe rzeczy, szukałam siebie i celu, do którego dążę. W międzyczasie stylizowałam sesje, uzupełniałam portfolio, pracowałam przy pojedynczych pokazach. Nie traciłam kontaktu z modą, ale ten czas był dla mnie trudny. Po (chyba) roku szukania, trafiłam do Interii. To miała być praca, która wniesie w moje życie te wartości, których dotąd nie znałam: ubezpieczenie, płatny urlop, normowane godziny pracy, extra! Wytrzymałam pół roku.

W międzyczasie, pracując w tym moim korpo-nie-korpo zaczęłam pracować nad projektem Moda bez Ograniczeń. Poświęciłam mu trzy lata swojego życia i oddałam serce. W trakcie trwania tego projektu systematycznie zaczynałam pracę nad nowymi, które pojawiały się z różnych stron.

Czy było warto

Widzę wartość w przyznaniu się do tego, że miałam trudne momenty. Być może nie powinnam się obnażać „publicznie” ale i tak kilkanaście, jeżeli nie kilkadziesiąt osób słyszało te historię… A więc było warto jak cholera. Te wszystkie momenty zwątpienia dały mi siłę (jakie to dopiero banalne!). To jest niestety ten rodzaj siły, nad którym ciągle trzeba pracować. Wspominałam już kiedyś o tym, że praca kreatywna wystawiona jest na ciągłą ocenę (krytykę) i porównywanie. To trudność, z którą trzeba sobie samemu umieć poradzić. Ale! Robię to co kocham! Pracuję przy fajnych projektach, pozwalam sobie myśleć, że jestem dobra w tym, co robię, rozwijam się, przychodzą do mnie coraz wspanialsi ludzie, z coraz bardziej wspaniałymi pomysłami. Niebawem, pewnie na fanpage`u, powiem Wam o nowym międzynarodowym projekcie, do którego zostałam zaproszona, a na który cieszę się jak dziecko!

Chyba najbardziej na świecie cenię sobie wolność. Fakt, że mogę wybierać projekty, w których chcę wziąć udział, to że mogę pracować wtedy kiedy chcę i pić kawę wtedy kiedy mi się nie chce jest mega komfortem. To, że nie muszę nikomu tłumaczyć się ze swoich wyborów jest wręcz cudowne. Ludzie z którymi pracuję ufają mi i (odpukać) jeszcze nie zdarzyło się, żeby to nie poskutkowało dobrym efektem. Czy można chcieć czegoś więcej?

Ubezpieczenia – powiecie, ale wszystko przede mną.

Wiem, że ten rynek zmienia się niesamowicie szybko. Wiem, że Kraków nijak ma się do warszawskich realiów, gdzie po bożemu jeszcze przed maturą można zacząć od stażu w magazynie modowym, a potem już jakoś idzie. Ale wiem, że jeżeli mocno na coś pracujecie, to w końcu się uda. Newton pisał o tym już dawno: jest akcja, jest reakcja.

Co było pierwsze kura czy jajko

Jeszcze jedna kwestia na koniec. Jeżeli przebrnęliście przez fragmenty o trudach i cierpieniach życia, to ten mało zobowiązujący akapit powinien Was ucieszyć.

Pytacie mnie często o to, czy moda była moją pasją, którą udało mi się przekuć w zawód, czy odwrotnie – projekty modowe, które realizowałam wprowadziły mnie w świat designu? W moim wypadku na bank wcześniej była moda. Ale wydaje mi się, że nie w tym pojęciu, które wyświetla Wam się teraz w głowie. Nie kupowałam zagranicznych czasopism o modzie, nie śledziłam trendów z mocnym biciem serca i nie kleiłam moodboardów w zeszytach chowanych pod łóżkiem. Właściwie nie nazwałabym tego nawet „interesowaniem się modą”. Po prostu uwielbiałam poświęcać czas na przerabianie starych ubrań, tworzenie nowych, eksperymentowanie z tym, co zakładałam na siebie każdego dnia.

I to zostało mi do dzisiaj. I z tego opłacam swoje rachunki.

xoxo,

Fashion Victim

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s