Fashion Victim bez fashion?

Niedawno koleżanka zadała mi pytanie: czy gdybyś wykonywała inny zawód, twój styl byłby inny? Odpowiedź na pytanie jest zasadniczo prosta, ale zmusiła mnie do kilku innych refleksji na temat wyglądu w kontekście pracy i życia. Sądzę, że w konstytucji są jednak pewne braki…

Warto zacząć od tego, że gdybym wykonywała zawód księgowej, to z pewnością ubierałabym się inaczej. I to nie z uwagi na obowiązki zawodowe, ale dlatego, że posiadałabym intelektualne predyspozycje do tego, żeby zostać księgową, a ta raczej nie zakłada publicznie różowych piór boa. Ja bym mogła. I to śmiało.

To, co ciekawiło Kasię to to, czy wybieram strój odpowiedni do okazji. I to jest super pytanie, zważywszy na to, że od stylistów oczekuje się z jednej strony szalonych połączeń kolorystycznych i estetycznych fiflaków, a z drugiej wspaniałego popisu znajomości formalizacji ubioru na każdą okazję. Ja chyba jednak zwracałabym większą uwagę na fakt, że wykonujemy zawód kreatywny, który swój początek ma w naszej barwnej psychice. Kompletnie więc nie odniosę się tutaj do ludzi pracujących w korpo, które wymagają grzecznego przywdziewania mundurków.

Funkcjonuje pewien komunał, że strój to wyraz szacunku do swojego rozmówcy. Bang! Dwie refleksje:

  1. Przede wszystkim wolę, żeby mój rozmówca wyrażał swój szacunek do mnie zachowaniem. Zbyt często zdarzyło mi się odbyć spotkania z kompletnymi burakami w dobrze skrojonych garniturach. Chyba właściwie wręcz irytują mnie ludzie, którzy swój outfit mają przemyślany w 120%. Nie chodzi o zazdrość. Raczej o to, że w takich wymuskanych stylizacjach brakuje mi autentyczności (wyrażam opinię, nie fakty). A ja lubię ludzi spontanicznych, którzy są dla mnie jak jajko niespodzianka. Mam za sobą także kilka niezłych kaw z osobami w ubłoconych trampkach, dziurawych spodniach i czapkach, które skrywały od trzech dni nie myte włosy. Wierzę głęboko i naiwnie, że fajniej mieć dobrze w głowie, niż mieć wypastowane laczki. Nie, nie obchodzi mnie co zakładasz na spotkanie ze mną.
  2. Moja praca jest ok, ale to jak wyrażam siebie poza zawodowo już razi. XXI wiek, planujemy kolonizować Marsa, a wciąż nie jesteśmy w stanie pojąć, że tatuaże to nie symbol degeneracji (o tym więcej wkrótce). Zdarzyło mi się usłyszeć w biały dzień „gdybym miał taką córkę, to byłbym za aborcją”, albo „jeżeli to chłopak to wybijemy mu zęby” (to jeszcze z czasów, kiedy goliłam głowę). Skoro już mamy prawo do wolności słowa, czy wyznania, to życzę sobie szacunku do mojej głębokiej wiary w styl grunge. Innymi słowy, mój wygląd jest pierwiastkiem tego co mam w głowie. Nie widzę powodu tłumaczenia się przed obcymi ludźmi z wyborów, które dotyczą tylko mnie i mojego ciała.

Dużo bardziej wierzę w ubiór stosowny do wieku i warunków fizycznych, niż do okoliczności. Zakładam czarne sukienki i adidasy na wesela. Chodzę w butach, które obeszły ziemię kilkakrotnie i większość swojego buciego życia spędziły w Londynie. Uwielbiam nosić dziurawe koszulki. I wiesz co? Lubię ludzi mimo to.

xoxo,

Fashion Victim

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s