Biznes (nie) jest biznes

„Dobrze, że Warszawa płaci za zlecenia. Dzięki temu możemy być artystami w Krakowie”. To zdanie usłyszałam kilka lat temu od znajomego fotografa. Pamięć mam słabą, ale te słowa dźwięczą mi w głowie jak małe dzwoneczki, za każdym razem, kiedy czytam treść kolejnej wiadomości zatytułowanej „Propozycja współpracy”.

Kraków to super miasto. Niby duże, ale klimat ma kameralny. Niby mieszkańców od cholery, a wszyscy się znają. Miasto artystów, z artystycznie bogatą historią. To właśnie sprawia, że Kraków wydaje się być idealnym miejscem dla uprawiania zawodów z dziedziny sztuki. Wydaje się być, ale nie jest. To znaczy, super się tutaj tworzy. Super czeka się na natchnienie siedząc na plantach. Super żyje się życiem nieodpowiedzialnej bohemy, pijąc od rana wino w zadymionej knajpie na Rynku. Ale skoro Kraków to miasto artystów, a moda jest sztuką użytkową , to dlaczego w Krakowie na modzie zarabia się mniej, niż w Warszawie?

Kucharz, tynkarz, stylista

Mam wrażenie, że Kraków jest trochę zamknięty. Właściwie „konserwatywny” to lepsze słowo. Wiem co powiecie. To co zwykle słyszę: że w Krakowie nie ma bogatych ludzi. Wszyscy którzy są w stanie wydać pieniądze na modę funkcjonują w Warszawie i nie ma mieć co za złe naszemu biednemu Krakowowi. Nie zgadzam się. Rozumiemy, że dobre jedzenie kosztuje – drogich knajp w Krakowie nie brakuje. Lubimy drogie samochody – wystarczy w piątek wieczorem przejść się wokół Placu Nowego. Do dobrego (drogiego) fryzjera czekamy trzy miesiące. Kompletnie natomiast nie jesteśmy w stanie pojąć, że stylistka to rodzaj usługi, za którą też fajnie byłoby zapłacić.

Wydaje mi się, że to wynika z ogólnego przeświadczenia, że żeby kogoś dobrze ubrać nie potrzeba żadnych umiejętności. Wystarczy tylko gust i dobre oko. Ten gust i to dobre oko, potocznie nazywane jest talentem i z tego co kojarzę, Monet całkiem nieźle na tym zarabiał (za życia również).  W przypadku stylizacji, do talentu trzeba dodać jeszcze choć podstawową wiedzę merytoryczną. Dużą wiedzę, jeżeli stylizacja ma być na prawdę dobra. Doświadczenie mile widziane.

W Krakowie są klienci, którzy mają budżet na duże sesje. Faktycznie jest ich niewiele. Ale zdecydowaną większość firm/marek stać na to, żeby opłacić ekipę w tej średniej półce cenowej. Wystarczą chęci. Tymczasem wciąż bez obciachu proponuje się sesje za podpis pod zdjęciem. Kiedyś dostałam propozycję współpracy za podpis od bardzo rozpoznawalnej marki. Kiedy zapytałam, dlaczego mam pracować za darmo dla firmy, która zarabia na swoich produktach kupę pieniędzy – nie dostałam odpowiedzi. Cóż, mail najwidoczniej utkwił w spamie.

Obserwuję ten rynek od 7 lat. To co mnie mega cieszy, to zmiany. Coraz częściej pojawia się pytanie o stawkę, niż pytanie o barter. Ha! I to po znajomości! Ta zmiana przychodzi powoli, to fakt, ale ważne że tę zmianę widać.

Wyceń mi się po stawkach krakowskich

Bardzo często – nie wiem skąd się to wzięło – zdarza się pytanie o wycenę sesji po stawkach krakowskich. Nie ma co ukrywać – w stolicy styliści zarabiają lepiej, niż tutaj. I rozumiem warunkowania lokalnego rynku. Ale w momencie kiedy dzwoni produkcja z Warszawy, modelka i reszta ekipy, także jest z Warszawy, to kompletnie nie rozumiem tego pytania. Ostatnio rozmawiałam nawet o tym ze znajomą wizażystką  (warszawianką). Wnioskuję, że skoro zleceniodawca dzwoni do mnie, to dlatego, że podoba mu się moje portfolio. To tak jak z knajpą. Płacisz 120 zł za steka, bo w tej jednej knajpie przygotowują go tak, że zapłacisz za to każde pieniądze. Moja praca stylisty nie jest warunkowana pogodą, szerokością geograficzną, aktualnym nastrojem obydwu stron (chyba?). Nie zrozumcie mnie źle. Rozumiem niskie budżety. I tutaj największą siłą jest przekaz werbalny. Jeżeli zleceniodawca jasno mówi (szanując przy okazji swojego rozmówcę), że budżetu nie ma, ale projekt jest zajebisty i w grę wchodzi barter, kawa, albo wielkie buziaki – to spoko. Serio. Ale jeżeli słyszę, że warunki, o których słyszałam dotyczą fotografa, a ja mam pracować za darmo (sorry, musiałam), to czuję się trochę jakbym dostała w twarz. Z zaskoczenia.

Mam duży sentyment do tego naszego Krakowa, bo stąd jestem. Nie chcę się stąd wyprowadzać. Przyjęłam zawód, który wykonuję z całym dobrodziejstwem inwentarza – to z pewnością praca mobilna. To czy mam dojechać z całym majdanem do studia na drugi koniec miasta, na plener pod Kraków, do Warszawy, czy do Pcimia tak na prawdę nie robi różnicy. Przynajmniej mnie. Trochę mi przykro, bo obserwując zależność między tymi dwoma opisywanymi miastami, mam wrażenie, że Kraków jest traktowany trochę jak młodsze rodzeństwo – ze słodkim pobłażaniem. To niestety nie zmieni się, dopóki Kraków sam nie zacznie walczyć o równe traktowanie.

No nic. Kocham swoje rodzeństwo.

Xoxo,

Fashion Victim

 

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Biznes (nie) jest biznes

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s