Jak nie wybić się w branży

Dlaczego o tym piszę? Bo bardzo często pytacie, co zrobić żeby zaistnieć, zacząć, zarabiać na modzie. Tego nie zdradzam wszem i wobec, ale podrzucam kilka powodów, dla których wciąż tak niewielu się to udaje.

Pokaz mody, prezentacja kolekcji, lookbook, kampania reklamowa – te wszystkie projekty (i jeszcze kilka innych) nie mogą się odbyć bez udziału profesjonalistów. Wszyscy jednak cały czas próbują. Dlaczego kuzynka z ładną buzią nie zastąpi modelki z doświadczeniem? Dlaczego fotograf robiący zdjęcia od kilku miesięcy nie zrobi dobrej kampanii? Dlaczego, ah dlaczego kładzie się na szali dobre efekty współpracy kilku, czasami kilkunastu osób?

Na marginesie: cały czas rozmawiamy o moich spostrzeżeniach. Jeżeli macie inne – zapraszam do komentowania.

Brak budżetu

Jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. W tym wypadku, w ostatniej linijce maila znajduje się fragment o „możliwości negocjacji”, „rozliczeniu w barterze” lub „niskim budżecie”. „Niski” też czasami oznacza, że na całą sesję przewidziano 300 zł, co w praktyce znaczy tylko tyle, że tego budżetu nie ma w zasadzie wcale. Promocja, w ogóle cały marketing (strategia, realizacja) jest bardzo niedocenianym elementem funkcjonowania marki. Piszę to jako stylistka z wykształceniem (również) marketingowym. Otwierając własną pracownię należy ją traktować jak każdy inny biznes. Inaczej nigdy nie stanie się tym biznesem, który sam na siebie zarabia.

Dziewczyna, która zdecyduje się zrobić kampanię za 100 zł z niemal 100% pewnością (zdarzają się wyjątki, które potwierdzają regułę), nie zapozuje tak, żeby oddać charakter marki. Te stawki dotyczą dziewczyn, które nie mają doświadczenia, więc nie można oczekiwać świadomości ciała, umiejętności pracy z fotografem czy z materiałem. Brzydko mówiąc – na plan przychodzi drewno. Z ładną buzią.  Zdarza się raz na milion, że koleżanka z ostatniej imprezy jest nieodkrytym, nieoszlifowanym diamentem branży modelingu i zaprezentuje ciuchy tak, że każda dziewczyna i każdy szanujący się transwestyta będą się zabijali, żeby móc je nosić. Raz na milion. Z podobną częstotliwością meteor uderza w ziemię.

Podobnie z fotografem. Pracując dłuższą chwilę w branży, każdy fotograf jest w stanie ocenić ile czasu potrzebuje na przygotowanie sesji, a potem na postprodukcję. Jeżeli te kilkanaście godzin jest wyceniane na 300zł, to coś jest nie tak. Jest mnóstwo kampanii promujących produkt tylko w teorii, bo w praktyce fotograf w ogóle nie zastanowił się nad kadrami. Więc uwaga odbiorcy skupiona jest na wszystkim, poza produktem.

Ze stylistami bywa podobnie. Płaczę, serce mi krwawi, kiedy widzę kampanię producenta ekskluzywnych dodatków, wystylizowaną w pomięte szmaty, z poprutymi szwami (serio się zdarza). Płaczę, bo wiem że stylistka nie zadała sobie trudu, żeby zrozumieć kim jest odbiorca danego producenta – do kogo ten materiał ma trafić. A co na to sam producent? Przeważnie jest obecny na sesji, dlaczego nie reaguje?

Brak doświadczenia (projektanta, marki)

Wciąż jeszcze funkcjonuje przeświadczenie, że łatwo jest zostać projektantem/właścicielem marki odzieżowej. Stąd mnóstwo pojawiających się firm, których założyciele nigdy wcześniej z modą nie mieli do czynienia. Jeżeli ten czynnik idzie w parze z niskim budżetem, to katastrofa.  Jeżeli nie wiadomo jak się zabrać za sesję, fajnie zatrudnić producenta, który zadba o koncept i o dobry poziom ekipy. Jeżeli jednak tej kasy nie ma i początkujący projektant zabiera się za to sam (bo akurat jest także swoim własnym działem marketingu), bardzo często zdarza się – wiem z doświadczeń własnych oraz znajomych – że sesja nie dochodzi do skutku, bo ilość trudności i rzeczy, o które należy zadbać przytłacza. Jeżeli już do niej dochodzi, to brak sprecyzowanego celu i estetyki, bezpośrednio wpływa na pracę stylistów, wizażystów i fotografa. W końcu efekty tej sesji nie są zadowalające. Choć zauważyłam, że sami projektanci publikują materiały, których jakość jest co najmniej dyskusyjna. Mam w głowie kilka nieudanych kampanii, które przychodzą mi do głowy. Sądzę że gdyby pochylić się nad tematem nieco dłużej, przykładów znalazłoby się mnóstwo.

Brak świadomości

Ten punkt bezpośrednio łączy się z dwoma poprzednimi. Wyobraźcie sobie siebie jako projektanta, który zaczyna. Uważa, że skoro zaczyna, to przysługuje mu kredyt w postaci zrozumienia i pobłażliwości dla braku profesjonalizmu. Zakłada fanpage, robi stronę www (albo nie) i zaczyna sprzedawać. Do wyboru ma kilka opcji on line, ponieważ na butik stacjonarny na razie nie ma szans. I tak na stronę www, do showroomu na fb lub innego multibrandu online, trafiają zdjęcia przygotowane wg wyżej wymienionych standardów. Mam wrażenie, że projektanci/marki nie zdają sobie sprawy z tego, że to właśnie zdjęcia sprzedają ich ciuchy. Tymczasem z fotki wyziera źle ułożona kiecka, na źle pomalowanej koleżance. Najciekawsze dla mnie jest to, że zawsze pojawia się rozpaczliwe pytanie – dlaczego nie sprzedaję? Przecież ciuchy są, sklep online jest, zdjęcia są i ceny nie zabijają. Moja odpowiedź jest prosta, ale nieoczywista – jakość materiałów, które pokazujesz swojemu klientowi mają ogromne znaczenie. Warto też pamiętać, że konkurencja jest duża. A jeżeli twój klient nie ma szans dotknąć projektu na żywo, to sklep online jest jedyną opcją. Jeżeli modelka (w świadomości twojego klienta to jest modelka, a na nich wszystko wygląda lepiej) na zdjęciu wygląda słabo, to od razu pojawia się pytanie, jak będzie wyglądała w tym kobieta z krwi i kości.

Brak przygotowania

Tutaj mam żal do szkół projektowania. Zwłaszcza do tych, z którymi o tym rozmawiałam. Projektantów nikt nie przygotowuje do tego, jak z pasji stworzyć dobrze prosperujący biznes. Jest mnóstwo utalentowanych osób, które nawet nie myślą o tym, czy potrzebują wizytówki. Fanpage (jeżeli jest) funkcjonuje fatalnie, bo brakuje wiedzy, że profil firmy rządzi się innymi prawami, niż profil prywatny. Pojawiając się na targach, nie myślą o wydrukowaniu katalogu, jeżeli pełnej kolekcji nie ma na wieszaku. Brakuje torebek z logo, wizytówki z adresem strony, numerem telefonu. Przede wszystkim brak świadomości, że w kontakcie z klientem face to face, to właśnie on – projektant jest czynnikiem decydującym o tym, czy projekty się sprzedadzą. Zwróćcie uwagę, że często projektant siedzi w kącie stoiska, czyta książkę albo patrzy wzrokiem „siedzę tu od 7 godzin, odejdź”. Kto ma zainteresować potencjalnego nabywcę jakością, opowiedzieć o USP (unique selling proposition)? Projekt wpadł w oko, teraz trzeba zadbać, by klient docenił wartość projektu. Kto ma to zrobić lepiej, niż ty, drogi projektancie?

Zamyka się czarne koło rozpaczy. Wychodzę z założenia, że – tak jak pisałam – projektowanie to biznes i tak należy to traktować. I niestety jak z każdym biznesem, trzeba na początku zainwestować pieniądze własne lub cudze. Potem już tylko tyrać, tyrać i pilnować czy inni tyrają dla Ciebie równie mocno. To smutne, ale jeżeli jest odpowiednie zaplecze finansowe, to nawet wyczucie estetyczne nie jest potrzebne. Co w takim razie jest potrzebne? Smykałka biznesmena.

xoxo,

Fashion Victim

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s