365 dni polskiej mody. Subiektywny przegląd tragedii

Ten rok minął szybko. Jak dla mnie za szybko, ale założę się, że są tacy, którzy tylko czekają, aż 31 grudnia wybije północ. Nic dziwnego.

Tytułem wstępu, żeby uspokoić wyrzuty sumienia: przepraszam za dwa miesiące milczenia. Mam wrażenie, że w ciągu ostatnich miesięcy zrealizowałam tyle projektów, ile zazwyczaj przypada na pół roku. Cieszę się z tego niezmiernie, ale nie zawsze starczało czasu na inne rzeczy. W tym m. in. na kolejne posty.

A teraz do tego, co najważniejsze – obserwacji. Ten rok minął niesamowicie szybko. Pantha rei, ale bez przesady. W ciągu tego relatywnie krótkiego czasu wydarzyło się wiele ciekawych i wiele przykrych dla branży sytuacji. Na klepanie po plecach będzie jeszcze czas. Dzisiaj pozwoliłam sobie wybrać 5 gangren, które pożarły żywcem całą magię i cały czar designu zamknięty w materiałach. Dwie z nich to petardy, które obiły się o uszy nawet osobom bez tv, radia i internetu. Kolejne, to sytuacje, które w tym roku mocno dały mi się we znaki, a które niestety zdarzają się nagminnie, nie tylko mnie.

  1. Maciej Zień i defraudacja środków spółki.

Jeżeli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. Bardzo często zwracam uwagę swoim studentom, że moda to branża – biznes. I podobnie jak w każdym innym biznesie inwestycja musi się zwrócić. I niestety podobnie jak w każdej innej branży pieniądze często są głównym celem do osiągnięcia. Ja sama chciałabym myśleć, że moda to tylko piękne projekty, piękni ludzie i piękne intencje. Wiadomo, ani te szmaty często piękne nie są, ani ludzie, a ich intencje już kompletnie. To, co z tego barłogu (wracam do Zienia) udało się uratować, to moim zdaniem – przyzwoitość. Pierwszym i naturalnym odruchem obronnym jest składanie oświadczeń, publiczne tłumaczenie się z tego co się zrobiło, a czego nie. Ten odruch kierowany jest emocjami i chęcią jak najszybszego sprostowania pomówień. Efekt jest taki, że oświadczenia pisane są na kolanie, używa się niefortunnych sformułowań, a i z taktem  ma to często niewiele wspólnego. Zamiast uciszenia kryzysu, zostaje jeszcze większy smród. Maciej Zień rzucił się początkowo do wyjaśnień, za które później przepraszał, później już na szczęście zamilkł. Jego kolejnym głośnym manifestem była już na szczęście kolekcja Sweet Dreams. Pokaz został zaplanowany w czasie, w którym większość zwykłych zjadaczy chleba zdążyła zapomnieć. W branży nadal tlący się ogarek niesmaku mogły zagasić gwiazdy i przyjaciele Zienia, którzy swoją obecnością na pokazie dali wyraz wsparciu dla projektanta.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Zastanawiam się tylko i to nie jest dla mnie do końca jasne – intencje. Takie rzeczy stara się załatwić raczej po cichu. Po podobne środki sięga się w momencie, kiedy wszystko inne zawodzi. Marka poniosła ogromne straty, a więc inwestor także został na minusie. Nie wiem czy nie rozsądniejsze byłoby ratowanie chociaż wizerunku, żeby zostawić sobie choć małą podstawę, żeby odkuć się w przyszłości. Tymczasem sytuacja okazała się jakimś gigantycznym nieporozumieniem. W branży zdarzają się mniejsze i większe świństewka, ale ten kaliber wciąż pozostawia u mnie niesmak.

2. Mój ulubiony temat, kiedy mam za dobry dzień i chcę sobie go trochę zepsuć, zanim karma się zorientuje i wróci  – FashionPhilosophy Fashion Week Poland.

Tutaj w przeciwieństwie do poprzedniej historii nie było ani taktu, ani dyplomacji, ani nawet happy endu. Nic nie było i cytując klasyka: nic już nie będzie. Serio, takie mam wrażenie. Pomijam fakt, że Polska wydaje mi się być jakimś dziwnym jarmarkiem, na którym szerokie grono ludzi dostrzega potencjał mody i potrzebę rozwoju, a z drugiej strony deprecjonuję się ją (te modę) nie postrzegając jej w kontekście biznesu. Polski Fahsion Week od kilku dobrych sezonów był  świetną okazją do zaprezentowania przedwcześnie swojego outfitu na Halloween. Osób, które przyjeżdżały kontraktować kolekcję (z zagranicy?!) było jak na lekarstwo. Najbardziej liczący się polscy projektanci zaczęli omijać to wydarzenie szerokim łukiem. Na to wszystko można było jeszcze jakoś przymknąć oko. Nie powiedziałam słowa nawet kiedy parę lat temu jedną z informacji prasowych był mega news, że na to wyjątkowe wydarzenie przybędzie jedna z projektantek w zaawansowanej ciąży. No i dobrze. Media musiały coś napisać. Publiczne zastanawianie się, czy wody płodowe odejdą w trakcie, czy po pokazie? Nie mam nic przeciwko, ciarki wstydu schowam pod rękawem. Niemniej informacje o tym, w jaki sposób (nie) przebiegają przygotowania do ostatniej edycji, były dla mnie ciosem w samo serduszko. Z dwóch powodów – kocham polską modę miłością tragiczną – z jednej strony widzę przaśność i sztuczne uśmiechy, ale z drugiej strony kibicuję wszystkim inicjatywom, które mają pomysł i ochotę, żeby tchnąć w te naszą Polskę trochę życia i zagranicznego kapitału. Drugim powodem jest fakt, że zawodowo zajmuję się reżyserią pokazów, a i zdarzało mi się wyprodukować nie jedno cudo od podstaw. Nie na taką skalę jak Fashion Week, oczywiście. Ale są pewne rzeczy, które się nie zmieniają – emocje nigdy nie są dobrym doradcą. Wszystkie oświadczenia organizatorów w sprawie zadłużeń i niepewnej przyszłości były podszyte tak grubym pokładem żalu, goryczy i bezradności, że było mi trochę wstyd czytać. Mam wrażenie, że w kontekście „chłodnych” reakcji miasta Łódź, organizatorzy wypadali mało wiarygodnie i co gorsza mało profesjonalnie. Summa summarum wszyscy się poobrażali, a swoje zabawki organizatorzy po odwołanej listopadowej edycji, postanowili przenieść do Warszawy. Tak sobie myślę: quo vadis polski faszyn łiku. PR masz już tak fatalny, że sama drżę o to, czy pozyskasz jakichkolwiek sponsorów i wiarygodnych partnerów wydarzenia. Może to czas, żeby zamknąć pewien rozdział tej przaśności i jarmarku i czystą kartą (kartoteką również) wyprodukować coś, czego nie będziemy się musieli wstydzić?

3. Zlinczujcie mnie, jeżeli macie ochotę – Arcadius

Sądzę, że nawet jeżeli zapomnieliście o nim na długie lata, to jego kolekcja P – iFashion skutecznie przypomniała Wam o istnieniu tego projektanta. 12 lat spokoju i wrócił z nową kolekcją prostych w formie ubrań zadrukowanych w klepsydry obwieszczające jego własną śmierć. Tradycji stało się zadość, podobnie jak poprzednie kolekcje Arcadiusa i ta w Polsce miała fatalną prasę. I ja przyznaję, kolekcja może mało udana, może pretensjonalna. Ale. Czuję potrzebę przytoczenia tutaj szerszego kontekstu. Gdybyśmy mieli przyjrzeć się historii Arcadiusza, Arka, okazuje się, że gdzieś ktoś kiedyś jakiś potencjał wypatrzył. Przede wszystkim dlatego, że był to pierwszy adept Central Saint Martins z bloku wschodniego. Po drugie dlatego, że nie mając kompletnie środków na te studia, jego edukację sponsorowały zamożne persony wierzące w jego talent. Po trzecie w końcu – dlatego, że wypatrzony przez Isabellę Blow, rozpoczął staż u Alexandra McQueena, który również był jej protegowanym. I do meritum – nie jestem pewna czy projekty Arcadiusa powinniśmy postrzegać w kontekście mody. Czytając jego biografię, mam raczej wrażenie, że ubrania były/są dla niego środkiem wyrazu artystycznego. Tak jak dla innych obraz, czy rzeźba. Projekty były kontrowersyjne, ale pełne metafor i alegorii. Być może były kiczowate, ale odbiór sztuki jest rzeczą gustu. Poza tym, pardon le mot – topowi polscy projektanci odszywają bazarowe bluzy z napisem LOVE i wszyscy się cieszą, media są zachwycone. Czasem nie mogę oprzeć się wrażeniu że tym rynkiem rządzi jedno wielkie kolesiostwo (co za fatalne słowo). Z resztą, zdaje się, że o zleceniach przy okazji wspólnej wódeczki już wspominałam. Ta sytuacja pozostawia we mnie głęboki niesmak, ponieważ łatwość w promowaniu beztalenci jest wprostproporcjonalna do tego, jak łatwo jest zniszczyć talent. Mam poczucie, że jest niepisana lista osób, które należy hejtowć. Tyle tylko, że ktoś wpisał nie te nazwiska co trzeba. I nie ma w tym ani sztuki, ani projektowania. Zwykła ludzka natura. Polecam maść. Wiadomo na co.

arkadiusa_politically_incorrect_fas

vnsbrd2m2ybtnvmfgyeplac2fadegeiv

Zdjęcia z samej kampanii lubię, są klimatyczne. Fakt, nie rozumiem, dlaczego na większości z nich modelki nie mają majtek, ale być może nie muszę tego rozumieć.

4. „Krakowskie stawki”

Pisałam o tym już kiedyś. Pisałam zdaje się nawet, że widzę szansę poprawy tego przekonania, że w Krakowie powinno się na modzie zarabiać mniej. Ale analizując ostatni rok, ba! ostatni tydzień – czuję że muszę o tym napisać. Wspominałam o tym, że dostawałam prośby o „krakowskie stawki”, pisałam o tym, że zleceniodawcy – obawiam się – nie mają pojęcia o tym, jak wygląda moja praca i stąd wynika to wieczne zdziwienie po otrzymaniu wyceny. Ale ostatnio wydarzyła się sytuacja, która wyniosła to zjawisko na poziom absurdu total. Wyobraźcie sobie markę, która na świecie pozycjonuje się jako marka luksusowa, na brzmienie samej nazwy większości świadomych konsumentów rozszerzają się źrenice. I teraz wyobraźcie sobie, że ta marka chce wyprodukować kampanię kolejnych produktów. Wiadomo – biznes is biznes – marka szuka ekipy, która zaproponuje najkorzystniejszą ofertę. I teraz proszę, Kraków! Propozycji do tej sesji dostałam trzy, od różnych osób. Pierwsza przyszła z prośbą o wycenę pracy (tydzień do sesji). Dostałam szybką informację zwrotną, że niestety nie przejdzie. I to rozumiem – klient ma mniejszy budżet, nie widzi nawet pola do negocjacji. Ok. I tylko trochę obruszyło mnie to, że zleceniodawca podobno wcale nie był zainteresowany tym, żeby choć spojrzeć w moje portfolio – nie bo nie. Kolejna propozycja przyszła już z konkretną propozycją od osoby, która zbierała team. I w tym miejscu Jezus zapłakał po raz pierwszy. Ja także. Zaproponowano mi przygotowanie 12 setów (sesja za cztery dni) za 400 zł na rękę, bez umowy. Ah, no i w PSie pytanie, czy w tej kwocie mogłabym pomóc przygotować fryzury…Do napisania odpowiedzi zbierałam się cztery razy. Ostatnia (na szczęście!) propozycja wpadła do mojej skrzynki na dwa dni przed sesją i również zawierała konkretną propozycję stawki – 500 zł. No przecież…

I jestem strasznie ciekawa, kto zrobił te sesję. Nie, nie kto zrobił sesję – kto psuje rynek w tym mieście. Rozumiem, że można mieć gorszy miesiąc, że „kasa na święta się przyda”, ale tak strasznie lubię mieć poczucie, że szanujemy się nawzajem. Zaproponowanie cen dampingowych to bardzo brzydkie zagranie.

I przypomina się zdanie pewnego mądrego fotografa, którego mogę nazwać ojcem swojej zawodowej drogi: Jeżeli sama nie będziesz się szanowała i ceniła, to nikt nie będzie cię szanował i cenił.

Proszę, takie to proste.

5. Blue Lagoon

Taka moja wersja robocza dla modelek, które nie zjawiają się na sesji/pokazie. Które piszą na kilka godzin przed, że nie dotrą lub nie piszą wcale. Przecież ekipa sama się zorientuje. Ostatnio wydarzyła się podobna historia, która skończyła się dość zabawnie, więc ten punkt niesie ze sobą najmniejszy ładunek mojej frustracji, a wręcz może powodować uśmiech. Święta idą, nie mogę Was tak zostawić z poczuciem smutku i beznadziei 🙂

Wielu z Was widziało na moim prywatnym Fb, że zmieniłam fryzurę. Zmieniałam, choć trochę nie miałam wyjścia. Końcem listopada reżyserowałam pokaz fryzur. Link do tego kosmicznego wydarzenia: TUTAJ

Modelka, która była zabookowana na strzyżenie napisała w nocy przed pokazem, że nie przyjedzie z powodów zdrowotnych. I tutaj przypomina mi się wszystko to, co mówiłam o pracy z ludźmi, o tym, że dobry reżyser musi reagować na wpadki bez paniki…Dziewczyny z backstage`u przez pół dnia szukały chętnych w miasteczku, w którym pokaz się odbył (piękny, barokowy zamek w Rydzynie). Sama próbowałam zaangażować dziewczynę jednego z chłopaków od techniki. Ale okazuje się, że nie łatwo znaleźć taką, która zgodzi się na awangardowy kolor włosów. I wtedy wchodzę ja. Cała na…niebiesko. Mogłam zrezygnować z pokazu jednego fryzjera, albo usiąść na fotelu i dać sobie obciąć te 15 centymetrów. Na make up umówiłam się z samego rana, żeby już później móc normalnie realizować przygotowania, ale słowo „normalnie” nie pasuje w sytuacji, kiedy rzęsy zdobi sztywny pasek doklejonych, sztucznych firan z fikuśnymi cyrkoniami. Brokat dookoła oczu sprawił, że na probie światła mało nie oszalałam. Ale kompletnie nie żałuję. Pokaz zamiast na realizatorce, spędziłam na backstage`u, więc ominęła mnie lwia część stresu. Miałam swoją przypuszczam jedyną w życiu okazję, poczuć jak to jest na wybiegu w za małych szpilkach. I co najważniejsze – mam fryzurę w kształcie i kolorze, który pasuje do mnie idealnie. W końcu czuję że ta głowa pasuje do przytwierdzonej poniżej reszty. Nic nie dzieje się bez przyczyny.

15310316_1163850370319494_204986738_n

Za te piękną sukienkę dziękuję Magdzie Wilk – Drylo i Wioli Podsiadlik.

Na tydzień przed końcem 2016 roku życzę Wam i sobie spokoju ducha i czystego sumienia. I dużo czekolady. Ona zawsze pomaga 🙂

Nie zrozummy się źle – ten rok był cudowny. Wydarzyło się wiele wspaniałych rzeczy i prywatnie i zawodowo. I mimo wszystkich fuck up`ów świata nie zmieniłabym ani jednego dnia.

xoxo,

Fashion Victim

Reklamy

2 uwagi do wpisu “365 dni polskiej mody. Subiektywny przegląd tragedii

  1. Bardzo dobre podsumowanie ubiegłego roku. Wreszcie ktoś napisał, jak minał 2016r. w modzie polskiej a nie ciągle o światowej. Musimy cenić to co mamy, a w naszym kraju jest wielu utalentowanych ludzi w branży.

    Polubienie

    • Masz rację! I bardzo bym chciała, żeby o ich sukcesach było równie głośno, co o porażkach…Ktoś tu leci na fashion week do Berlina! To jest świetna wiadomość!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s