Z czego nie da się ulepić tortu?

Żyję już dłuższą chwilę. W zawodzie siedzę mniej więcej tyle, ile trwa podstawowe wykształcenie przeciętnego polskiego dziecka. Wydawało mi się, że jest niewiele rzeczy, które zawodowo mogą mnie jeszcze zaskoczyć. Tak myślałam, nim wydarzyło się to…

 

Inspiracja do tego tekstu wydarzyła się na prawdę! I chyba najbardziej martwi mnie fakt, że nie zmyśliłam ani jednego elementu tej wspaniale absurdalnej układanki. Rozumiem, że są na tym świecie jeszcze ludzie, którzy nie czają, że można funkcjonować poza korporacjami i uważają, że nie warto wierzyć nikomu, kto nie ma zarejestrowanej spółki i numeru bok na stronie. Rozumiem. Moja Mama też nie bardzo ogarnia, co to jest ten frilans i jak to jest możliwe, że mam co jeść nie pracując od 8 do 16. Mamo, sorry…

Pomijając jednak Januszy biznesu i moją Mamę (Mamo, sorry), okazuje się że młode panie zasiadające w działach marketingu, też nie bardzo wiedzą o co kaman. Chwilę temu zgłosiła się do mnie firma, która online sprzedaje ubrania topowych marek. Serio, top of the top. I to z zagranicy! I ta oto firma, za pomocą swojej pani od marketingu, poprosiła o przygotowanie wstępnej oferty reżyserii pokazu mody. Sam początek był obiecujący – po podpisaniu poufałki dostałam pięknie skonstruowany brief. W dokumencie znalazłam opis marki, jej cele, głównego odbiorcę oraz miejsce i datę pokazu. I w tym miejscu Jezus zapłakał po raz pierwszy, a ja poczułam ukłucie niesmaku. Sklep pozycjonuje się jako premium, sprzedający produkty z najwyższej półki. I w życiu nie zgadniecie, gdzie ta marka zażyczyła sobie zrobić pokaz! Ja też z tej okazji czytałam brief dwa razy…Pokaz miał się odbyć w jednej sal na stadionie, w mieście na P. Najwidoczniej pani z marketingu wystarczał fakt, że sala była usytuowana w strefie vip. Najwidoczniej taka konotacja z wysokimi ambicjami marki była satysfakcjonująca. Mnie z kolei nie wystarczało to, że sala ma 290 cm wysokości i wystrój nadający się raczej do picia piwa, niż oglądania wysokiej mody. Sala salą. Dobry pokaz można zrobić wszędzie. Ale pani z marketingu…może dajmy jej na imię Ola, skoro jest główną bohaterką tego tekstu. Otóż Ola wpadła na rewelacyjny pomysł, aby ten pokaz odbył się zaraz po meczu piłki nożnej! A jakże! Co za wspaniałe, nowatorskie rozwiązanie! Panowie przychodzą na mecz, piją piwo, jedzą orzeszki a po meczu…BACH! Dostają w pysk pokazem prawdziwej mody, żeby poza tym testosteronem, doświadczyli jeszcze odrobiny sztuki tego wieczoru! Czy ktoś poza mną też czuje pewien dysonans?

Meritum jednak, moi mili, zaczyna się dopiero w tym akapicie. Otóż, przeczytałam brief. Ponieważ nie dostałam specyfikacji sali, zadzwoniłam do managera stadionu i poprosiłam o plany i zaplecze techniczne, na wszelki wypadek prosząc o dane trzech innych lokacji. Ola zareagowała sceptycznie na moją propozycję zmiany sali na większą, zamkniętą, z większymi możliwościami. Poprosiła natomiast o przygotowanie budżetu i scenariusza – na tej podstawie chciała podjąć decyzję. Deadline 3 dni. Nie widząc sali, mając jedynie plany i marną wiedzę, jak sala wygląda, przygotowałam opcje, które były możliwe do wykonania z technicznego punktu widzenia. Nie muszę chyba wspominać, że Ola spodziewała się „wyjątkowego wydarzenia” z fajerwerkami i scenografią, która zmiecie podchmielonych panów z kanap. No więc ślę tej mojej Oli sugerowane rozwiązania, z alternatywnymi budżetami, moim portfolio (choć miałam właściwie pewność, że jej pierwszego maila zawdzięczam wcześniejszej znajomości pf), referencjami i prośbą o decyzję, bo do terminu meczu/pokazu został miesiąc.

I wiecie co?? Dostałam maila od rozżalonej Oleńki, że ona spodziewała się konkretnego scenariusza, z konkretnym wykazem kosztów i konkretnych podwykonawców. I tylko na tej podstawie jej szefowie będą mogli podjąć decyzję. Zadzwoniłam, żeby się nie okazało, że Olka źle postawiła jakiś przecinek i przez to sens jej wypowiedzi szlag trafił. A więc dzwonię, żeby się upewnić, czy obie zdajemy sobie sprawę z tego, że prosi o przygotowanie koncepcji, scenariusza, scenariusza technicznego i backstage, bez zapewnienia, że nasza współpraca dojdzie do skutku. Pytam, wolno artykułując słowa, czy Ola ma świadomość, że to praca na dwa tygodnie – praca! Przygotowanie praktycznie całego pokazu! Poza castingami, pozostaje to już tylko wyreżyserować. I że nie wykonam tej pracy bez podpisania umowy.

Nie była zadowolona. Zadzwoniłam jeszcze parę dni później, żeby zapytać, czy jej zwierzchnicy podjęli decyzję, skoro pokaz za trzy tygodnie. Dostałam info, że Ola wróci do mnie, jak tylko się czegoś dowie. Chyba zgubiła mój numer…I tak sobie myślę, czy to brak zaufania do mnie? Skoro aż tak nie ufają temu, co do tej pory zrealizowałam, to dlaczego skierowali propozycję na mojego maila? Brak świadomości, jak wygląda produkcja pokazu? Przecież to firma działająca w branży mody. Skoro kontraktują takie kolekcje, to chyba zdają sobie sprawę, z tego jak ta branża funkcjonuje…I ostatnia rzecz, której przetrawić wciąż nie mogę. Jak ta nasza moda, ten nasz rynek ma się rozwijać, skoro fundujemy gawiedzi pokaz na stadionie, przy piwku? Praca u podstaw? Ok. Ale być może nie trzeba audytorium wcześniej otumaniać alkoholem? Może na trzeźwo też załapią?

Wszystkich wytrwałych, którzy dobrnęli do końca, czeka nagroda! Rozwiązanie tytułowej zagadki! A więc, jak mawia mój znajomy fotograf: Z gówna tortu nie ulepisz!

xoxo,

Fashion Victim

 

 

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Z czego nie da się ulepić tortu?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s